| |
|
|
|
|
|
Nie pamiętam już jak długo byłam w drodze, ale w końcu dotarłam do jej kresu. Przede mną, z leśnej gęstwiny wyłaniała się właśnie wieża. Wyglądała wprawdzie na opuszczoną, ale byłem pewny, że znajdę tam swój cel - swoją zemstę.
Jakiś czas temu dowiedziałam się o magu, który co roku na zimę chroni się w dawno opuszczonej, starej wieży. Opis pasował aż za dobrze. Ludzie wprawdzie opowiadali, jaki to dobry i mądry Pan, ale ja wiedziałam lepiej, widziałam zbyt wiele grobów powstałych po jego wizytach i poprzysięgłam na nie, a zwłaszcza na grób mojego brata, mojego małego Jaandarala, że był jedną z jego ostatnich ofiar. I teraz po dwóch latach miałam spełnić swoją przysięgę.
Moje poszukiwania opóźniły się trochę o czas który spędziłam na poszukiwaniu słabego punktu mojego przeciwnika. Całkiem przypadkiem usłyszałam opowieść o pewnej uczcie, uczcie na której pewien mag spowodował, ku uciesze zgromadzonych, całą serię niezaplanowanych fajerwerków. Dziwne w opowieści było to, że mag ów chwilę później opuścił przyjęcie, i przez kilka następnych dni był nieosiągalny. Dopiero jeden ze służących przypomniał sobie, że stało się to zaraz po podaniu obiadu, do którego podano sztućce, całkiem zwyczajne sztućce, no prawie całkiem zwyczajne. Pan domu, w którym uczta owa się odbywała miał słabość do srebra i używał wyłącznie srebrnych sztućców. Później jeszcze trochę czasu zajęło mi znalezienie odpowiedniego w tym przypadku przedmiotu.
Zatrzymałam konia. Zsiadłam i przywiązałam do pobliskiego drzewa - nie będzie mi teraz potrzebny i wyciągnęłam ten przedmiot. Był to miecz, srebrny miecz. Jako broń na pewno nie przyniósłby mi zbyt wiele pożytku, srebro jest zbyt miękkie na walenie po zakutych łbach, których kilka musiałam ściąć po drodze, więc trzymałam go schowany pod siodłem, lecz dla mego przeciwnika powinien być niemiłą niespodzianką ..., mam nadzieję, że śmiertelnie niemiłą niespodzianką.
Pozwoliłam memu wierzchowcowi jeszcze na kwadrans wytchnienia, sama wyciągnęłam zapasy i trochę zjadłam, byłam jednak zbyt nerwowa na jedzenie, zbyt blisko celu. Przewiesiłam sobie niespodziankę w specjalnie dla tego celu wykonanej pochwie przez plecy, poprawiłam półtorak przy pasie i ruszyłam w kierunku wieży. Z bliska wydawała się bardzo ponura, dokładnie tak jak ją sobie wyobrażałam. Lecz nie miałam czasu teraz na podziwianie widoków, podeszłam do drzwi i uderzyłam pięścią. Nikt nie odpowiedział, tylko drzwi nieznacznie się uchyliły - albo mój przeciwnik był idiotą, albo ktoś mnie uprzedził, albo ... . Nie wahając się dłużej weszłam do środka. Przywitał mnie półmrok. Wyciągnęłam z plecaka pochodnię i zapaliłam. Ohyda, w środku wyglądało jeszcze bardziej ponuro niż na zewnątrz. Ciemno dekorowane ściany pokryte były płaskorzeźbami przedstawiającymi jakieś dawno zapomniane potwory. W dodatku wiatr zdążył nawiać trochę zeschłych liści, wszędzie wyglądało, jakby dawno nikt tu nie zaglądał. Nie zastanawiając się wstąpiłam na schody, zaczynające się tuż za drzwiami wejściowymi. Podczas wchodzenia na piętro towarzyszył mi tylko skrzyp starych stopni. Na piętrze niewiele się zmieniło, choć liści było zdecydowanie mniej. Za to towarzyszące mi przez całą drogę maski stworów wyglądały na jeszcze bardziej ohydne. Z pomieszczenia prowadziły dwie pary drzwi, wybrałam lewe. Prowadziły do dawniej chyba sypialni, bo stały w nim szczątki dużego kiedyś i ozdobnego łóżka. Poza oknem nie było żadnego innego wyjścia stąd, więc cofnęłam się do komnaty wcześniej i otworzyłam drugie drzwi. Oczom mym ukazała się przestronna sala, o dziwo niewiele szczątków walało się po podłodze, widać ktoś wcześniej już to miejsce splądrował i chyba nawet wysprzątał. Z miejsca ruszyłam ku drzwiom znajdującym się po przeciwnej strony i znowu trafiłam na schody, dla odmiany mogłam również zejść na dół, mimo że z dołu prowadziły tylko jedne w górę. Zaintrygowana podążyłam wraz z cały czas towarzyszącymi mi straszydłami w dół i tym razem moja droga trwała znacznie dłużej. Musiałam zejść już do piwnic. Na końcu schodów o dziwo znajdowały się drzwi, już miałam je otworzyć gdy coś zwróciło moją uwagę. Dopiero po dłuższej chwili stwierdziłam co było nie tak ... było jeszcze jedno źródło światła w tym pomieszczeniu ... a dokładniej w pomieszczeniu za drzwiami, bo coś pod nimi prześwitywało. No cóż, raz matka ziemia rodziła. Poprawiłam niespodziankę i otworzyłam drzwi. Uff to było jeszcze gorsze, tylko pochodnie oświetlały tą scenę, ale i tego było za dużo. Na samym środku stał prosty, drewniany stół. Na nim leżało jakieś ciało, w połowie zjedzone, wokół leżały inne szczątki. Nad tym wszystkim pochylała się jakaś postać. Na dźwięk otwieranych drzwi, odwróciła się błyskawicznie. Jej oczy rozbłysły szkarłatem. "Ooo, świeża krew ..." usłyszałam po czym stwór rzucił się na mnie. Ledwo zdążyłam uskoczyć. Przeleciał jak strzała obok mnie, lecz bardzo szybko się zatrzymał. "Oooo, będzie zabawa" powiedział znowu, jego głos był trochę syczący, jakby mówił przez zęby. Zdążyłam w tym czasie wyciągnąć niespodziankę. Na lekko ugiętych nogach wycofałam się wgłąb komnaty, żeby mieć więcej miejsca. Stwór powoli zbliżał się do mnie. Jakby chciał, żebym się mu przyjrzała. Wyglądał faktycznie ohydnie, wysoka, ale przygarbiona postać, długie ręce, zakończone szponami i ta twarz, prawie ludzka, ale grymas który ją wykrzywiał musiał należeć do zwierzęcia. Wściekłego zwierzęcia. Zaatakowałam, lekko z półobrotu, tak żeby sprawdzić jego reakcję raczej niż faktycznie zranić. I sprawdziłam, był szybki, jak dla mnie za szybki. Odsunął się jakby od niechcenia i machnął łapą. Zarejestrowałam to chyba tylko podświadomością. Poczułam tylko ból w lewym ramieniu. Odruchowo machnęłam mieczem w tą stronę, ale usłyszałam tylko śmiech. Całkowicie ludzki śmiech. Cofnęłam się trochę. Tym razem przede mną stał człowiek. Znałam go. To jego tak długo szukałam. I właśnie stał przede mną. Stał i się śmiał. "Myślałaś dziewko, że tak łatwo dostaniesz starego Nathaniela. He he. Teraz stary Nathaniel dostanie ciebie. I twoją świeżą krew." Nagle w jego dłoniach pojawił się długi na kilka stóp kij. Od razu zaatakował. Był szybki. Nieludzko szybki. Ledwo nadążałam się zasłaniać. Nie myślałam nawet o ataku. Ale i tak musiałam się cały czas cofać. Czułam już za swoimi plecami ścianę. Czułam już coraz bliżej jego śmierdzący oddech. Już za chwilę nie będę miała gdzie się cofać. Już za chwilę mnie dopadnie. "Ach, panie , jeśli mógłbyś mi pomóc ..." pomyślałam. I o dziwo, po chwili po mojej lewej stronie pojawiło się światło. Lecz było to dziwne światło. Na pewno nie miało pochodzenia naturalnego. Mój przeciwnik również był zaskoczony. Wykorzystałam to. Cięłam go przez pierś. Wsadziłam w to uderzenie całą swoją siłę. Uderzyłam tak jakby od tego zależało moje życie. Bo zależało. Nie miałam mieć drugiej szansy. Nie z tym stworem. Lecz nie udało się. Poczułam wprawdzie jak mój miecz tnie żywe ciało, jak przechodzi przez materialną tkankę. Lecz nie udało się. Mój przeciwnik zachwiał się wprawdzie. Z jego piersi, z miejsca gdzie sięgnął go mój miecz buchnęła para. Lecz bardzo szybko się opanował. Za szybko. Znowu. "Tsss." Usłyszałam. "Zraniłaś mnie dziewko. Teraz za to umrzesz. Bardzo szybko umrzesz." Natarł ze zdwojoną szybkością. Tylko niektóre jego ciosy potrafiłam odbijać. Resztę przyjmowałam. Z płaczem. W pewnym momencie zobaczyłam jak kij zmierza w moją stronę. Odruchowo zasłoniłam się. Jednak nie zdało się to na nic. Mój miecz pękł. Jego odłamek poleciał w moją stronę. Poczułam nagle straszny ból w czaszce. I zobaczyłam światło. Pędzące w moim kierunku, bardzo jasne światło. A potem światła już też nie było...
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam gwiazdy, drzewa nade mną. Poczułam lekki wietrzyk. I chłód wiosennego poranka. Po chwili poczułam również ból. Bolało mnie wszystko. Lewą ręką nie będę mogła ruszać chyba przez tydzień. Ale wygląda na to że żyłam. Poruszyłam na próbę głową. Ahhh... nie miałam tego robić. Po chwili spróbowałam jednak znowu. Było trochę lepiej. Przynajmniej gwiazd było trochę mniej niż za pierwszym razem. Podniosłam się delikatnie. Tak byłam w lesie. Gdzieś niedaleko szumiał sobie strumyczek. Zaczynały śpiewać pierwsze, ranne ptaki. Nie wiem w jaki sposób udało mi się to przeżyć. Ale nie chcę do tego wracać. Na razie muszę jakoś dojść do siebie. Zacznijmy od stwierdzenia jak dostałam: lewa ręka - cała we krwi, boli jak wszystkie demony, ale chyba nie złamana, w każdym razie ruszać mogę, chociaż z bólem; głowa - opuchnięta, również zakrwawiona, ale też nienajgorzej; reszta ciała - poobijana, ale ujdzie; ogólnie bywało gorzej (no może niekoniecznie, ale na pewno mogło być gorzej).
|
|
120 dzień po pełni
Dziś nasz wielki kapłan znowu miał wizję. Widział naszą Panią, która ostrzegła go, że zbliżają się straszne czasy. Zarządził więc rozebranie naszego największego reliktu. Wszyscy zaczynamy powoli się bać.
123 dzień po pełni
Wszystko spakowane. Mamy już załatwione wozy i konie. Boimy się tylko, bo jeśli ktokolwiek nas napadnie, nie będziemy umieli się obronić, ale ja pokładam wiarę w naszej bogini. Światło jej gwiazd na pewno nas poprowadzi.
124 dzień po pełni
Wyruszyliśmy. Kierujemy się na północny-wschód. Jedziemy czterema wozami. Wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze według naszego największego kapłana rzeczy. Reszta została w świątyni, wyłamałem się i przemyciłem na wóz mój pamiętnik. Ktoś musi przecież opisać co stanie się z naszymi relikwiami.
135 dzień po pełni
Zastanawiam się gdzie się właściwie kierujemy. Najwyższy kapłan zdaje się mieć jakiś cel, ale z nikim jak do tej pory się tym nie podzielił. Jedyne co wiadomo, to to, że przed nami cały czas góry Niskie. Niektórzy uważają, że nasz Najwyższy kapłan oszalał.
143 dzień po pełni
Pod wieczór dotarliśmy do zamku, nazywa się de Lassacey. Przyjęto nas jak zwykle bardzo chłodno, ale przynajmniej mogliśmy przenocować pod dachem.
144 dzień po pełni
Dziwne, rano pan tego zamku zebrał swoje oddziały i ruszył z nami. Nie udało mi się z nim jak do tej pory porozmawiać, ale wygląda trochę dziwnie. Wszystkim się jednak trochę poprawił humor, mamy przynajmniej eskortę.
146 dzień po pełni
Wjechaliśmy w góry Niskie. Krajobraz co najmniej trochę dziki. Na szczęście jest wiosna i przynajmniej śniegu w górach nie ma.
148 dzień po pełni
Obóz rozbiliśmy wczoraj w ładnej dolince, nad jeziorkiem. Nad ranem zostaliśmy napadnięci. Nasza eskorta poradziła sobie ze zbójcami, choć po naszej stronie też jest kilka ofiar. Kiedy szukaliśmy miejsca, gdzie można by ich pochować, przez przypadek natrafiliśmy na grotę. Kiedy tylko nasz Najwyższy kapłan ją zobaczył, natychmiast zarządził rozładunek jednego z naszych wozów i przeniesienie zawartości do tej groty. Dokładnie złożony tam został główny trzon naszej relikwi. Do końca dnia zabrało nam maskowanie w grocie. Na sam koniec wojownicy z naszej eskorty spowodowali małą lawinę kamieni i zasypali wejście do groty.
157 dzień po pełni
Kiedy te góry się skończą? Już wszyscy mamy dość tej podróży i wypatrujemy tylko jakichś śladów cywilizacji. Jedynie nasz Najwyższy kapłan ma tyle energii co zawsze. Ludzie coraz bardziej są przekonani, że oszalał.
158 dzień po pełni
W nocy mieliśmy znowu gości. Nie wiem kto to był, bo obudziłem się, jak już było po fakcie. Jedno tylko jest pewne, przeszli przez nasze straże, jak przez masło i tylko przypadek ich spłoszył. Znowu musieliśmy pochować kilku z naszych towarzyszy, ale największą stratą jest brak czterech ramion z naszej relikwi. Najwyższy kapłan zarządził, że część naszej eskorty zostanie w tych górach i spróbuje odszukać to co utraciliśmy. Podejrzewam, że już ich nie zobaczymy. Zostawiliśmy też jeden wóz, nie jest już nam potrzebny. Urządziliśmy to jednak tak, aby móc
|
|
Nazywam sie Nobinda de Lassacey. Dzis mamy 14 dzien 25 dekady roku Wiezy - 1548. Dokladnie 3 i pol dekady temu moj pan, Lurenard oszalal, ale moze zaczne od poczatku. Tamtego dnia, pod wieczor juz bylo, jak przyjechali do nas ci wloczedzy. Mowili, ze sa wyslannikami jakiegos boga, przez co od razu chcialam ich wyrzucic z zamku, jako ze szarlatanow nie scierpie, nosili nawet oznaki jakiego pono, ksiezyca pol na niebieskim tle, czy jakos tak, ale jako, ze noc juz blisko byla, moj pan i maz zgodzil sie aby przenocowali chociaz. Niestety nawet tego bylo im za wiele, ale skad mielim wiedziec wczesniej. Jako wczesniej zeklam, zostali na noc. Poszlam spac z moim, jak zwykle, nic nie przeczuwajac, Rankiem sie obudzilam, a tu na dworzu rwertes jakowys. Patrze, mojego nie ma, wygladam przez okno, widze konie siodlane, bron zbierana i to wszyscy nasi, a komenderuje nimi ten ichni kaplan najwiekszy. Zbieglam na dol jako i inne kobiety, ale nasi pod urokiem jakowyms musiec byli, bo na bok nie baczyli, ino o jakiejs misji mowili i nic tylko wsiedli na konie i ruszyli z tymi przebierancami. Wybiegli my jeszcze przed zamek, ale powstrzymac sie nie dalo. No i zostalim same na zamku, bo oprocz kobiet, zostaly ino starzy i mlodziki, takie co jeszcze klopot maja z konnym. na poczatku balam sie troche, coby nas jakies zboje nie napadly, bo co my same kobiety zrobimy, ale zbojow jakos nie bylo, tylko sny mi sie zaczely. Najpierw snilam, ze mojego i cala kompanije zbojcy napadli, ale nasi obronili sie i poszli dalej. Dekade pozniej snilam, o jakis elfach, nie elfach co cali czarni byli i walczyli z naszymi, ale i ich nasi odparli, Wszedzie zostawiali ci kaplani, co naszych porwali jakies rzeczy, starannie je ukrywajac. W koncu dis noca snilam, co w nocy do mojego, do obozu podkradl sie ktos, zywy, choc nie zywy i moj zginal, choc tez nie zginal, ale ja podejrzewam, ze i tak juz wiecej go nie zobacze. Spisuje to bo zarzadzilam wlasnie zbieranie dobytku naszego. Nie wierze, ze ktos z naszych jeszcze wroci, a przeczucia mam, ze straszne czasy nadchodza i ktos bronic nas musi.
dla potomnych
Nobinda de Lassacey
malzonka sp Luenarda de Lassacey
Pani na zamku de Lassacey
-Powrót-
|
|
|
| |
|
 |