NR 41GRUDZIEŃ 2004 
Castlevania

Castlevania
1. Proszę Państwa... i oto jest :-)
  Panie i Panowie... mam zaszczyt oznajmić, że wreszcie nadeszła wyczekiwana przez wielu chwila ;-). Mianowicie "Hity z NESa..." doczekały się... swojej dziesiątej edycji! Wprawdzie "niedawno" obchodziłem już coś w rodzaju swojego, małego jubileuszu... ale teraz wiem, że nie był to najlepszy pomysł. Dlaczego? Bowiem świętowałem pewien okres czasu (w tym przypadku pół roku) spędzony w Emu Kounciku, a tak się składa, że ten... tak zwany, Czas potrafi płatać niezłe figle :-). Nie dość, że już pisząc tamten tekst wiedziałem, że zostanie on opublikowany miesiąc po wysłaniu... to jeszcze Los (razem z Czasem stanowi naprawdę denerwującą bandę ;-)) chciał, żeby tamten numer Emu Kouncika [39] został przesunięty na następny miesiąc. Jubileusz był więc mocno nieaktualny. Od tamtej pory postanowiłem nie obchodzić tego typu jubileuszów... teraz przerzucam się na świętowanie kolejnych edycji "Hitów..." (te przynajmniej nie uciekną przed publikacją... chyba :-)). Ale skupmy się na aktualnym numerze. Właśnie z okazji dziesiątej edycji działu postanowiłem wprowadzić małe urozmaicenie. Pomyślałem, że czas zrobić logo "Hitów...". Po skończeniu projektu Nacia odrzuciła go twierdząc, że jest on za duży jak na Emu Kouncikowe realia. Podobnie było przy drugim podejściu ;-)... aczkolwiek logo samo w sobie było bardzo ładne. Jak to mówią - "Do trzech razy sztuka". Kierując się tą dewizą zrobiłem ostatni (tym razem przyjęty przez szanowne jury ;-)) projekt, który możecie podziwiać wyżej. Co poza tym? Od czasu do czasu będę pisał poradniki do gier z "Hitów..." lub dodatkowe artykuły związane z NESem. Będą one prawdopodobnie występować pod banderą "Hity z NESa +". To tyle tych drobnych nowości ;-). Ale czas już się zabrać za to co przygotowałem Wam w tym numerze... a specjalnie zostawiłem na to wydanie prawdziwy kąsek. Obok tej gry nikt nie może przejść obojętnie... dała ona początek serii, która na całym świecie ma olbrzymie rzesze fanów... jako jeden z nich pragnę Państwu przedstawić... oto Castlevania!  

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania
2. Łowcy wampirów to nie tylko siła...
  Oczywiście nie mogło zabraknąć odrobiny wiedzy encyklopedycznej. Oto jak nauka rozumie pojęcie śmierci. Dlaczego akurat taki temat? Ponieważ jak wiadomo Śmierć (z dużej litery bo to nazwa własna) jest stałym bywalcem w Castlevanii. Ja osobiście nazywam ją Kostuchą, a to dlatego, że w języku angielskim Śmierć to słowo w rodzaju męskim! W naszym i Śmierć i Kostucha jest w żeńskim... dlatego zdecydowałem się na tę drugą formę (teraz znacie już straszną prawdę... tak, to przez cały czas był facet ;-)). Definicja śmierci w internetowej encyklopedii PWN jest natomiast dość obszerna, więc zainteresowanym osobom z dostępem do Internetu polecam przejrzenie jej na oryginalnej stronie [Encyklopedia PWN]. Dla innych wybrałem moim zdaniem najważniejsze na tą okazję informacje:

...osoba odchodzi na zawsze, ulegając całkowitej destrukcji; staje się wówczas niewyobrażalna nicość, którą kończy życie; Russell wierzył, iż kiedy umrze, rozpadnie się w proch i ani jeden fragment jego jaźni nie przetrwa; problem lęku przed spodziewaną nicością próbował rozwiązać Lukrecjusz tworząc słynny sofizmat: "A zatem śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy. Skoro bowiem my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a skoro tylko śmierć się pojawi, nas wtedy już nie ma..."

"...wg sformułowania L. Wittgensteina, śmierć nie jest zdarzeniem w życiu, gdyż śmierci się nie przeżywa; ponieważ nikt nie przeżył swej własnej śmierci (pominąć należy tutaj nieporozumienia związane z tzw. śmiercią kliniczną), nie istnieje poprawna metoda sprawdzenia, co "wtedy" się dzieje, a o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć; jesteśmy ograniczeni do kręgu ziemskich doświadczeń i dlatego orzekanie o śmierci jest zawsze niedorzeczne; filozofowie, którzy powiadają, że po śmierci nastąpi stan bezczasowy lub że w chwili śmierci następuje stan bezczasowy, nie zauważają, że oni sami wypowiedzieli słowa "po", "w chwili" i "następnie" w sensie czasowym i że czasowość zawiera się w ich gramatyce. Do zarysowanych 4 rozwiązań, które konstytuują podstawowy spór w tanatologii, można zredukować wszystkie koncepcje śmierci."


E. KUBLER-ROSS Rozmowy o śmierci i umieraniu. Warszawa 1979;
Ph. ARIES Człowiek i śmierć, Warszawa 1992.


Materiał przygotowany przez Panów Witolda Rudowskiego i Marka Sycha.

Dobrze, starczy :-). To taka jubileuszowa dawka wiedzy (wysokoprocentowa ;-)). Przejdźmy do Castlevanii.
3. Za siedmioma górami...
  Było to dawno temu (czytajcie: "ok. 10 lat temu" ;-)). Nie pamiętam dokładnie kiedy, wiem tylko, że dzień ten zmienił mój sposób spostrzegania gier (nie natychmiastowo oczywiście ;-)). Już kiedyś opowiadałem Wam o małej, białej budce, w której pewna miła Pani prowadziła wypożyczalnię kaset video. Miała też ona całą ladę wyłożoną kolorowymi kawałkami plastiku... tak... to były Cartridge do Pegasus'a. Tamte realia były jednak trochę odmienne od naszych aktualnych. Maszynka ta została sprowadzona do Polski przez naszych kolegów zza wschodniej granicy. Nikt wtedy nie wiedział, że jest to podróbka NESa firmy Nintendo... a może po prostu nie miał skąd wiedzieć. Jednak nie to było ważne... ważne było to, że konsola ta zdobyła niesamowitą wręcz popularność w wielu domowych zaciszach. Pegasus był wprawdzie tylko jedną z podróbek (były nawet takie z obudową podobną do PlayStation ;-)), ale zdobył taką popularność, że wszystkie tego typu maszynki były nazywane po prostu... Pegasus. Na szczęście w całym tym bałaganie jedno pozostało wspólne tak dla oryginału, jak i podróbek... gry (nie biorąc pod uwagę tych "zmodernizowanych" przez speców zza wschodniej granicy ;-)). Oczywiście twórcy Mario do swoich produktów dodawali piękne pudełka i instrukcje (lub jak kto woli "manuale", czyli w naszym ojczystym języku - "podręczniki"), w których opisywali bohaterów i świat, który przemierzali gracze... nie wspominając o fabule. Jeszcze we wczesnej erze NESa rzadko kiedy bywało, że na początku gry dostawaliśmy opisujący wszystko prolog... bardzo często zaczynało się grać w ciemno. Podobnie było z wybieraniem w wypożyczalni Cartridge'y. Twórcy Pegasus'a nie trudzili się na robienie pięknych pudełek, na tyle których można było przeczytać dokładny opis zawartości... ba... często nawet naklejka na Cartridge'u była całkiem inna niż gra na nim zapisana! Nie pamiętam więc w jaki sposób trafiłem na tą perełkę, którą Wam teraz opiszę, ale jedno jest pewne... ja tej gry nigdy nie zapomnę!

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania
4. Belmont... Simon Belmont
  Była ciemna noc... na wiejskiej drodze pokazała się tajemnicza sylwetka. Przez chwilę sunęła wśród cieni drzew... ale nie uchroniła się ona od ciekawego wzroku księżyca. Była pełnia... a w jej świetle szedł Simon Belmont. Dobrze wiedział gdzie i po co idzie... wiedział też, że może już nie wrócić. Jego celem była budowla bardzo dobrze widoczna z oddali... zamek... ogromny zamek, którego panem było wcielenie zła - hrabia Dracula. Od wielu dni krążyły pogłoski, że w budowli tej żyją złe moce. Simon wiedział jakie było jego przeznaczenie... nie mógł pozwolić by piekielne hordy wyszły ze swej kryjówki i zaczęły zabijać niewinnych ludzi. A był tylko jeden sposób na powstrzymanie tej plagi... zgładzenie jej pana, który zbierał siły w swojej mrocznej sali tronowej.
5. Broń, która przejdzie niejedno
Simon miał przypięty do pasa połyskujący w blasku księżyca przedmiot. Był to bat... magiczny bat... broń specjalnie stworzona by niszczyć to, co złe. Ale wiedział, że to może nie wystarczyć. Musiał też pamiętać o broni, którą może znaleźć w zamku... każdy przedmiot mógł się przydać. Członek rodu Belmont domyślał się na jakie przydatne rzeczy może się natknąć.

Ulepszenia bata

Castlevania Jak sama nazwa wskazuje zwiększają one skuteczność głównej broni Simon'a. Bat można ulepszyć dwa razy (po straceniu "życia" jego siła wraca do pierwotnego stanu). Podczas transformacji długość broni tej zwiększa się, a na końcówce pokazuje się metalowa, naszpikowana kolcami kula. Ułatwia to znacznie zwalczanie przeciwników na większą odległość.

Dodatkowe bronie

Sztylet

Castlevania Mały i poręczny. Rzucony z dużą siłą leci przed siebie tylko czekając na okazję by zasmakować krwi bestii z piekła rodem. Może zadać obrażenia tylko jednemu przeciwnikowi naraz.

Butelka wody święconej

Castlevania Jak wszystko co ma w sobie zalążek świętości - szkodzi złu. Dla sprzymierzeńców Draculi ta ciecz jest jak żrący kwas... każdy łowca wampirów miewa czasami "palącą" potrzebę by jej użyć.

Magiczny zegarek

Castlevania Jego niezwykłość nie wynika bynajmniej z misternego wykonania. Naprawdę niezwykłe jest w nim bowiem to, że za każdym razem, gdy się go użyje... czas wokół przestaje płynąć... oczywiście na kilka sekund.

Grecki krzyż

Castlevania Bumerang w kształcie greckiego krzyża (takiego, który ma wszystkie ramiona identycznej długości). Jak powszechnie wiadomo krzyż jest najskuteczniejszą bronią w walce ze złem. Czy w takiej formie jest równie potężny? To zależy z jaką wprawą się go używa.

Topór

Castlevania Broń dobrze znana już przed wiekami. Belmont nie używa jej jednak w konwencjonalny sposób. Rzuca ją przed siebie do góry. Sprawia to, że może zranić przeciwnika znajdującego się wyżej bądź w niedużej odległości od siebie. Wszystko zależy od tego, czy dobrze "obliczy się" parabolę lotu.

Serduszka

Castlevania To dzięki nim Simon może używać dodatkowych broni. Każdy atak ową kosztuje go pewną ilość serduszek. Jeżeli chcemy mieć na bieżąco coś ekstra w kieszeni... musimy zadbać, aby licznik serduszek nie spadał do nieprzyjemnego dla nas poziomu.
Małe serduszko - 1    Duże serduszko - 5

Mnożniki

Castlevania Te małe kamienne kostki są mimo niepozornego wyglądu całkiem pomocne. Służą bowiem do... zwiększania ilości ataków jakie Belmont może zadać jednocześnie przy pomocy jednej z powyższych broni (jedynym wyjątkiem jest magiczny zegarek). Niemożliwe jest znalezienie kostek w niewłaściwej kolejności. Zawsze najpierw znajduje się (oczywiście dobrze ukrytą) kostkę zwiększającą ilość ataków do dwóch, a dopiero potem do trzech. Trzeba je zbierać od nowa zawsze po straceniu "życia" lub zmianie dodatkowej broni na inną.

Inne przydatne przedmioty

Worki z pieniędzmi

Castlevania Wojowniczy Belmont wiedział także, że Hrabia Dracula był osobą wielce majętną. Skarby znalezione w jego zamku mogłyby pomóc niejednemu biedakowi. Simon postanowił więc rozglądać się też za kosztownościami.
Czerwone worki z pieniędzmi - 100 złotych monet
Niebieskie worki z pieniędzmi - 400 złotych monet
Białe worki z pieniędzmi - 700 złotych monet.
W zamku spoczywają też w swoich kryjówkach skarby specjalne. Żeby je znaleźć należy się bardziej wysilić. Często wystarczy znaleźć odpowiednie miejsce, stanąć na nim albo przykucnąć... a reszta pokaże się sama ;-).

Płyn niewidzialności

Castlevania Bardzo rzadko spotykana ciecz. Każda istota nią polana staje się niewrażliwa na wszelkie ciosy... stan ten niestety utrzymuje się tylko przez kilka sekund. Przez ten okres czasu obiekt, na którym sprawdzone zostało działanie płynu wygląda jak rozpływająca się w powietrzu mgiełka.

Połyskujący krzyż

Castlevania Jest to najpotężniejszy przedmiot w grze. Gdy Simon go dotknie całe pomieszczenie w zasięgu jego wzroku zostaje wypełnione świętym światłem niszczącym każde monstrum.

Przedmioty lecznicze

Mięso

Castlevania Jeden z dwóch przedmiotów dzięki, którym bohater może zregenerować siły. Niestety na naszej drodze pojawia się dość rzadko.

Magiczna kula

Castlevania Drugi przedmiot, który służy do regeneracji sił. W przeciwieństwie do mięsa regeneruje całe zdrowie, ale zdobyć go można jedynie pokonując Boss'a... kula ta wyłania się z popiołów tych najgroźniejszych w grze potworów.
6. Droga ku przeznaczeniu
 
Castlevania

Niewielka chmura na niebie niczym zasłona przysłoniła światło księżyca. Gdy to znów skąpało ziemię Simon stał już przed metalową bramą. Przed nim na tle nieba spoczywała olbrzymia budowla... zamek, którego postrzępione, obrośnięte bluszczem mury skrywały całe zło tego nędznego padołu. Widząc przybysza kilka nietoperzy poderwało się do lotu... czyżby zwiadowcy? Teraz nie ma już odwrotu... brama zaskrzypiała pod naporem rąk Simon'a...

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania

Dziedziniec wyglądał na opustoszały... jedynie palące się jasnym ogniem latarnie przebijały się przez mrok pozostawiany przez drzewa po obu stronach brukowanej ścieżki. Przed wejściem Simon postanowił jeszcze raz sprawdzić swoją celność w posługiwaniu się batem. Obrał na cel płomień pobliskiej latarni. Ku jego zdumieniu ten po trafieniu zamienił się w połyskujący srebrem sztylet. No tak... czego się jeszcze mogę spodziewać po tym zamku - pomyślał Simon. Podniósł sztylet i ruszył w stronę wejścia. Ogromne drzwi skrywały hol w cieniu. Chwila wahania... i potomek klanu Belmont już był w środku. Hordy umarlaków wyłoniły się z ciemności. Wśród ciężkich czerwonych kotar rozlegał się wciąż świst bata niesiony echem daleko w głąb korytarza. W oddali Belmont widział pięknie zdobione, drewniane drzwi. Czym prędzej pobiegł w ich kierunku. Za nim cała zgraja umarlaków odcięła drogę ucieczki. Simon chcąc trafić najbliższego zamachnął się i przypadkiem zahaczył o pobliski świecznik. Z płomienia wyłonił się tym razem połyskujący błękitem krzyż. Nie mając innego wyjścia Belmont chwycił go i skierował w stronę umarlaków. Jakież było jego zdziwienie, gdy z krzyża wydobył się błysk tak jasny, że rozświetlił cały hol. Światło chwilowo oślepiło Simon'a. Kiedy po paru sekundach otworzył oczy okazało się, że korytarz był pusty... Nie czekając otworzył drzwi i wszedł do kolejnego pomieszczenia. Znajdowało się tam zejście do niewielkiej sali, którą przepływała podziemna rzeka. Nagle z jej ciemnych odmętów wyskoczyły pokryte łuską potwory i okrążyły dzielnego wojownika. Musiał się on szybko wydostać z tej niewielkiej piwnicy, która z chwili na chwilę zapełniała się kreaturami. Zaczęło mu się wydawać, że w zamku nigdzie nie jest bezpiecznie... i miał rację. Po wyjściu z pomieszczenia trafił do kolejnego wielkiego holu. Na jego końcu czekało już coś, czego żaden śmiertelnik nie chciałby zobaczyć w żadnym koszmarze. Był to król wszystkich nietoperzy. Pierwsza z czterech podwładnych bestii Draculi, którym musiał stawić czoło Simon.

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania

Zamek składał się z trzech głównych części. Były to dwa wielkie budynki, w przerwie między którymi stała olbrzymia wieża. Celem Simon'a była sala tronowa... wbrew wszelkim prawom fizyki trzymająca się jedynie na schodach do niej prowadzących. Schody te natomiast wychodziły prosto z tej właśnie największej wieży... a była to wieża zegarowa. W tamtej chwili bohater zmagał się z niebezpieczeństwami wielkiej klatki schodowej w budynku od strony wejścia. A nie była to zwykła klatka schodowa... ta, pełna ruchomych platform i dziur bez dna była bowiem zamieszkała przez chodzące zbroje i... Meduzę wraz z jej mniejszymi podwładnymi, które skutecznie utrudniały życie Belmont'a. Ta znana z mitologii greckiej siostra Gorgon miała węże zamiast włosów, a jej spojrzenie zamieniało w kamień. Niestety dla niej po ostatnim spotkaniu z Perseuszem kompletnie straciła głowę. Kolejne opowieści mówią, że ponoć Atena wykorzystała ten fakt i umieściła obrzydliwą facjatę Meduzy na swojej tarczy. Teraz jednak ta czekała na samym szczycie klatki schodowej na nadejście śmiałka, który byłby tak odważny... lub tak głupi... by się z nią mierzyć.

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania

Jedyna droga prowadząca w pobliże drugiego, oddalonego od wejścia budynku prowadziła przez "powietrzną drogę" - most łączący pierwszy budynek z niewielką wieżą prowadzącą do podnóży drugiej budowli. Simon był już na dachu. Rozejrzał się i dostrzegł szereg pięknych, częściowo zniszczonych rzeźb z błękitnego kamienia. Zbudowane z tego samego budulca, porośniętego bluszczem, blanki i mury sprawiały niesamowite wrażenie. To wszystko było jeszcze dopełniane zapierającymi dech w piersiach widokami. W oddali widać było drugą część zamku... jeszcze bardziej posępną od pierwszej. Ale nie to przykuło wzrok Belmont'a. Tym czymś niezwykłym była sala tronowa widziana z jednego miejsca jak na dłoni. Podziwianie widoków było jednak niewskazane, ponieważ Simon'a wciąż atakowały małe Meduzy, kruki i kościeje... ale nie one były najgorsze... najbardziej irytującym przeciwnikiem okazały się małe, niepozorne Hopper'y. Te zgarbione karły potrafiły skakać jak szalone na wszystkie strony... co sprawiało, że bardzo trudno było je trafić. Gdy Simon doszedł w końcu do małej wieży zauważył z kim będzie miał do czynienia tym razem. Były to dwie egipskie mumie... z chwili na chwilę dystans między nim a przeciwnikami zmniejszał się drastycznie. Znów świst bata przeciął powietrze.

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania

Tego Belmont się nie spodziewał... kamienna podłoga zaczęła się trząść i z sekundy na sekundę pojawiało się w niej więcej dziur. Po chwili całe pomieszczenie zamieniło się w dziurę bez dna... ale sam Simon przekonał się, że nie była to do końca prawda. Było ciemno... Belmont wstał i otrzepał się z pyłu. Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności spostrzegł, że znajduje się w olbrzymiej jaskini. Ruszył się z miejsca... i usłyszał gruchnięcie łamanej kości... okazało się, że wylądował na stercie ludzkich szkieletów. Echo rozniosło się po całym systemie jaskiń. Te pieczary muszą się rozpościerać pod całym zamkiem - pomyślał i ruszył przed siebie. Musiał się stąd wydostać. Ten szum... to była podwodna rzeka, a w niej pełno kreatur chcących zatrzymać Simon'a w jaskini... na zawsze. Omijając większe skupiska kości Belmont zaczął szukać wyjścia... gdy po chwili zauważył niebieskie światło sączące się z sufitu. Szybko wspiął się po kamieniach do niewielkiego otworu... tak, był na podwórzu znajdującym się między dwoma częściami zamku. Musiał się szybko dostać się do drzwi... na niebie zaczęły pojawiać się dziwne istoty. Okazało się, że to duże ptaki trzymające w szponach Hopper'y. Za Simon'em zaczynała się piętrzyć fala skaczących karłów. Belmont już był przy drzwiach, gdy... ze ściany nad nimi wyłoniła się koścista głowa smoka. Nie mając wyboru rzucił się w wir walki. Ale to nie ten przeciwnik pilnował wejścia do... sali tortur.

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania

Tak... okazało się, że cała druga część zamku... cały budynek... była jedną wielką salą tortur. Dostanie się tu nie było proste. Wejścia pilnował potwór Frankenstaina, któremu drogę torował bardzo silny Hopper. Simon'owi nie udało się stamtąd wyjść bez szwanku. Liczne rany nie były jedyną złą perspektywą na przyszłość. Czekała go droga przez pomieszczenia pełne pojękiwań i wrzasków... ale kto je wydawał? Nie miał czasu zgłębiać tej tajemnicy... szkielety i Hopper'y skutecznie zajmowały mu czas. Najbardziej przerażającymi stworami w tamtych przeklętych lochach okazały się krwawe szkielety. Kiedy Simon po pokonaniu jednego szedł dalej, okazywało się nagle, że stworowi atak nie zaszkodził i po chwili znów stał na pozornie kruchych nogach! Simon miał też okazję spotkać się z kościstymi głowami, które spotkał już na wielkiej klatce schodowej. Te kolumny z czaszek pluły ogniem we wszystkie strony utrudniając marsz ku górze. Z każdą komnatą niepokój Simon'a wzrastał. Na licznych półkach stały słoje z dziwnymi zawartościami, a stoły operacyjne dopełniały uczucie zagrożenia. Ale... na najwyższym piętrze coś się zmieniło. Wielka sala z kolumnami, piękny czerwony dywan, obrazy na ścianach... a raczej czarne płótna. Belmont nabrał powietrza w płuca i zaczął podążać w stronę wyjścia po przeciwległej stronie komnaty. Zamknięte... serce zabiło mu mocniej. Nagle komnata wypełniła się chłodem. Pod sufitem pokazały się dziwne półkola... to były małe kosy. Ta "istota" obserwowała go już od kiedy tylko wszedł do zamku... wiedziała, że ma przed sobą godnego przeciwnika. Spod ciemnego kaptura wyłoniła się biała twarz... biała czaszka. Tuż obok zalśniło ostrze kosy... tak, to była Kostucha.

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania

Bat przeciwko kosie samej Kostuchy. Ten pojedynek nie skończył się tam, w tym czasie. Ale Belmont nie mógł o tym wiedzieć. Nie domyślał się nawet, że broń, którą dzierży w dłoniach przeżyje jego i jeszcze wielu jego potomków. Teraz miał już tylko jeden cel... salę tronową, która była teraz w całości przysłonięta przez wieżę zegarową. Do tej natomiast prowadził rozsypujący się kamienny most. Nad nim latało stado nietoperzy... nie, nie zwykłych nietoperzy. Z takim samym monstrum musiał się zmierzyć w głównym holu. Walka z każdym z osobna nie miała sensu. Belmont wybrał bieg... pomimo zmęczenia, które doskwierało mu już od pewnego czasu. Za nim kilka nietoperzy rzuciło się w pogoń uderzając o podstawę mostu i wzajemnie spychając się to na lewo to na prawo. Simon jak tylko mógł najszybciej przeskakiwał ubytki w moście. Udało się, dobiegł do wieży zegarowej. Jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś takiego. Mnóstwo przekładni, kół zębatych i łańcuchów. Wszystko musiało niegdyś pracować z niesamowitą precyzją i synchronizacją... teraz stało w bezruchu. Skacząc z jednego koła na drugie przedostał się do wyjścia i już był tam gdzie chciał być.

CastlevaniaCastlevania

Wiatr wiał w tym miejscu wyjątkowo silnie. Przed nim schody prowadziły prosto do komnaty tronowej. Pomieszczenie... prawdopodobnie tak jak sam zamek... jest chyba trzymane przez ciemne moce - pomyślał Simon. To niemożliwe, żeby takie coś trzymało się tylko na tych jednych schodach... hmm... to może oznaczać, że po wypędzeniu stąd złych mocy zamek się zawali - przeszło mu przez myśl. Musiał dokończyć dzieło. Nie było już odwrotu... nie było go już od dawna. Wspinając się po schodach słyszał dziwny syk... tak jakby coś go wołało. W tle widać było doskonale tarczę zegara oświetloną światłem księżyca. Simon zatrzymał się na chwilę, ale nie spojrzał za siebie. Patrzył w ciemność komnaty przed sobą. Zaczął delikatnie kroczyć wśród zacienionych ścian. Odgłos tupania odbijał się echem po całym pomieszczeniu. Gdy zbliżał się do trumny leżącej pośrodku serce zabiło mu tak mocno, że usłyszał jak rytmiczne echo odbijało się od ścian. Zajrzał do środka... była pusta. Simon miał nerwy napięte jak postronki. Tak mocno, że nie zauważył jak za nim na podłodze pokazała się twarz... sztywna jak maska uniosła się ku górze. Dopiero gdy Dracula pokazał się w całej okazałości Simon odwrócił się i strzelił z bata prosto w czerwoną jak krew pelerynę hrabiego. Ku jego zdumieniu nie dało to najmniejszego nawet efektu. Spróbował jeszcze raz, ale zanim bat dosięgną przeciwnika ten uniósł lewą ręką pelerynę, a spod niej trzy ogniste kule poleciały w stronę Belmont'a. Uniki nic nie dały. Cały obolały i poparzony Simon zrozumiał, że jedynym słabym punktem Draculi jest twarz. Ponowił atak. Tym razem płomień pokrył na chwilę białe lico przeciwnika. Kolejne ataki nie przynosiły już takich zadawalających rezultatów. Simon nie mógł sobie pozwolić na żaden błąd... a jednak. Kolejna seria ognistych kul uderzyła go tak, że padł na ziemię bez tchu...

... zaraz! Przecież to nie tak powinno być! Spokojnie... opowiedziałem Wam tylko moją historię. Wasza może wyglądać całkiem inaczej. Może w Waszej Belmont pokona złego hrabiego? To musicie zobaczyć już sami...
7. Bo to moja historia
  Przyjemnie się słuchało :-). Tak właśnie wyglądał przebieg jednej z wielu akcji jakie przeprowadziłem w Castlevani. Do Draculi udało mi się dotrzeć tylko jeden raz w życiu... i to niestety nie wystarczyło... ale bądźmy dobrej myśli :-). Wszystko jeszcze przed Wami. Jak zwykle polecam zmierzyć się z grą sam na sam bez save'ów w dowolnym momencie. Za trudne? Bo takie być powinno! To pierwsza i jednocześnie najtrudniejsza ze wszystkich istniejących Castlevani! Naprawdę polecam... postarajcie się wciągnąć w klimat, starajcie się nie zginąć tak łatwo... jednym słowem róbcie wszystko byle tylko przeżyć w zamku pełnym złych mocy. Wiem, że to bardzo trudne, ale tylko wtedy odkryjecie prawdziwą magię Castlevani... tą radość z zobaczenia komnat, do których nie udało Wam się dojść za poprzednim podejściem (uważajcie na czas... jeżeli zwolnicie wędrówkę może się okazać, że nie zdążycie dojść do końca poziomu!). Prawdziwi śmiałkowie mogą natomiast po przejściu gry kontynuować ją ze zwiększonym poziomem trudności... Jeżeli natomiast ktoś nie będzie Wam wierzył, że zaszliście o wiele dalej... można to łatwo udowodnić. W górnym prawym rogu ekranu znajduje się licznik poziomów - "stage". Każdy poziom to część etapu od drzwi do drzwi. Jeżeli ta liczba będzie większa od osiemnastu... to znaczy, że gra została już raz ukończona. Zachęcę Was jeszcze mówiąc, że w grze jest nieskończoność "Continue". Jak stracicie wszystkie gry dodatkowe (jak kto woli "życia") to macie możliwość rozpoczęcia etapu od początku... nieskończoną ilość razy! Po stracie jednego "życia" natomiast bohater zaczyna od ostatnio otworzonych drzwi. Brzmi to może różowo, ale kiedyś jak człowieka dopadało zmęczenie to i tak mając w przedostatnim etapie możliwość rozpoczęcia go od nowa... po prostu rezygnował. Walka z hrabią jest jedynym miejscem, w którym po wykorzystaniu wszystkich gier nie musimy rozpoczynać poziomu od początku. Pytanie dlaczego zrezygnowałem z walki z nim będąc już tak blisko końca gry nasuwa się chyba samo ;-). Odpowiedź jest jednak prosta. Gra załączona wieczorem tylko dla przyjemności poszła tak dobrze, że o północy szkoda ją było wyłączać... ale po licznych próbach (z tego co pamiętam to po czasie nie tylko ja próbowałem swoich sił... tata dobrze wiedział, jak wiele razy starałem się dojść tak daleko... a DiX był wtedy trochę za mały na pomyślne przeprowadzenie finałowego boju ;-)) zrezygnowałem. Na pewno jeszcze kiedyś ponowię próbę zgładzenia pana ciemności... póki co Wy próbujcie... bo "Hity..." mają w sobie magię, która nie przemija z wiekiem ;-).

CastlevaniaCastlevania

CastlevaniaCastlevania
8. Piękno średniowiecznego zamku
Grafika i muzyka także nie zmieniły swojego uroku przez te 17 lat ;-). Wszystko od animacji po obiekty wygląda starannie... chociaż... jest w tym małe niedopowiedzenie. Grafika ma w sobie bowiem ten wyczuwalny klimat. Dodając do tego jeszcze wspaniałą muzykę... ach... tylko się delektować ;-). Nie można przed tymi melodiami przejść obojętnie! Cała ta ścieżka dźwiękowa stała się przecież inspiracją dla kolejnych śmiałków podejmujących się stworzenia nowej części serii ;-). Żeby nie szukać daleko - Aria of Sorrow zawiera w swojej ścieżce dźwiękowej utwór nazwany "Heart of Fire". Został on pięknie skomponowany z akcją (konkretnie z kluczową dla fabuły walką... z jaką? Jeżeli nie zagraliście to nadróbcie zaległości i sprawdźcie ;-)), a co najważniejsze - jest w niego wkomponowana muzyka z pierwszej Castlevani... konkretnie z sali tortur (a tak się składa, że to fragment najrzadziej wykorzystywany w innych częściach). Brzmi to wspaniale, ale... moje słowa nie oddadzą w całości tego klimatu :-).
9. He'll be back!
W serii wiele się do tej pory zmieniło. Jest w niej tylko jedna niedoskonałość, która na pewno wielu osobom psuła szyki, mianowicie schody w całym zamku są "przezroczyste". Chodzi mi o to, że bohater może z nich skorzystać tylko jeżeli zacznie wchodzić od podstawy, a zakończy na samej górze. Można wprawdzie atakować w trakcie wspinaczki, ale najbardziej irytującą rzeczą jest to, że jak próbujemy wskoczyć na schody... bohater najzwyczajniej w świecie przez nie przeniknie... i jeżeli pod nimi była bezdenna otchłań... resztę znacie :-). Specjalnie z myślą o jubileuszu przygotowałem dla Was trzyczęściową podróż po historii ewolucji serii. Tak, to jeszcze nie koniec :-). W tym numerze Emu Kouncika znajdziecie jeszcze dwie recenzje Castlevanii. Wybrałem pozycje, które świetnie obrazują jakie zmiany zachodziły w serii przez lata. To wydanie "Hitów..." chciałbym zakończyć cytatem (potoczne tłumaczenie z angielskiego) pochodzącym ze świetnej strony o Castlevanii (dokładnie z FAQ w odpowiedzi na pytanie "Why do you want them to stop making games?" - "Dlaczego chcesz, aby przestali robić kolejne gry?"). Oto wypowiedź twórcy strony: "Nie chcę, aby przestali je robić - chcę, aby zwolnili.". Przemyślcie sobie te słowa. Stawianie ilości nad jakość może zepsuć "smak" serii, której stare części powinny być jak dobre wino - tym starsze tym lepsze, a nie sprawiać wrażenie seryjnie produkowanego towaru. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie. W FAQ znalazłem też inny ciekawy cytat (tym razem w odpowiedzi na pytanie "How would you fix the series?" - "Jak naprawiłbyś serię?"). Autor: "Oczekuję wyzwania. Jeżeli grasz w ogromną grę i docierasz do Draculi w sześć godzin, a następnie z łatwością go pokonujesz, to wszystko co osiągnąłeś staje się bezwartościowe. Tak wielu osobom nie udało się ukończyć pierwszej części serii. Pomyśl jaka to satysfakcja kiedy się tego dokonało." Tą wypowiedź natomiast postanowiłem zamieścić zamiast swojego apelu o nie zapisywaniu gry w dowolnym momencie na emulatorach... zachowajmy klimat oryginalnych gier, to im... i Wam zarazem... tylko pomoże :-). Wracając do strony, z której pochodzą cytaty - jest naprawdę świetna! Każdy fan Castlevanii powinien ją chociaż przejrzeć (o ile starczy mu na to życia... tyle materiału ;-)). Autorowi - Mr. P, należą się wielkie brawa. Ilość informacji jakie możecie znaleźć na stronie jest naprawdę zastraszająca ;-). Jej adres to http://www.vgmuseum.com/mrp/ Polecam... a póki co... zapraszam do następnej recenzji... bo nie często kończy się pisać tekst słowami "miłego czytania" - prawda ;-).

Podziękowania:
  • Spoona - za to, że zawsze służy radą.
  • DiX - za klimatyczne screen'y ;-).
  • Fox, GexN, Casillas14 - za wsparcie duchowe i techniczne.
  • Nie zapominajmy o Snoopy'm ;-).

  • Castlevania
    Producent: Konami
    Premiera: Maj 1987
    Platforma: NES
     Emulator: NNNesterJ 
    (C) Copyright by Emu Kouncik Team